piątek, 21 czerwca 2013

Zaczęło się lato...

W cieniu termometr pokazuje 32 stopnie... pot spływa mi tam gdzie nie powinien... w okolicy siano zbierają (w taki upał!) a ja poznaję kolejne uroki kaszy jaglanej :)
Dziś kotlety wyczytane tutaj
Rodzinka jeszcze w świecie więc mam trochę czasu... upał rzucił mi się na głowę i umyłam caaałe dwa okna i sklęsłam.
Po zakończeniu roku szkolnego pojedziemy oddać krew do CZD więc już zaczęłam pić majową pokrzywę. Rano zaparzyłam a ona dalej gorąca. Szklanka pokrzywy i pół litra wody... potem łazienka i tak w koło. A jak zrywałam ziółka do sosu to musiałam się wspomóc litrem wody.
Przed oczami stoją mi dwa pudełka lodów schowane w czeluściach zamrażarki... a sumienie mówi "poczekaj na dzieci... poczekaj..."

Zostało mi jeszcze zadbać o pasztet pomidorowo-słonecznikowy na rano i zrobić majonez.

Z pozytywnych rzeczy : to co kiedyś wydawałam na mięcho i wędliny teraz z czystym sumieniem wydaję na warzywa i pestki (a mąż kibicuje), dzieci jedzą wszystko co im dam... bo nie mają wielkiego wyboru ale też nie protestują.

piątek, 14 czerwca 2013

Zostaliśmy wege :D

Okazało się,że przejście na dietę wegetariańską wcale nie jest takie trudne... Po miesiącu nadal odkrywam nowe smaki. Ostatnim hitem są pasty i mazidła do kanapek.
Pasta z oliwek i pestek słonecznika.
Pasta z pomidorów suszonych na słońcu i pestek słonecznika.
Pasta z przecieru pomidorowego i zmielonych pestek słonecznika.
Mazidło ze zmielonego siemienia lnianego i oliwy.
Pasty z nasion strączkowych (hummus i fasolowa) jakoś się nie przyjęły.
Wszelakie kotleciki, burgery i placuszki... Kasze, przaśne placki, pieczone bułeczki...
Poezja na podniebieniu.
A po zwyczajowym obżarstwie nie ma uczucia ciężkości - co było dla na wielkim zaskoczeniem.
Dwa mięsne obiadki u babci i cioci zostały ciężko odchorowane straszliwą zgagą i bólem brzucha.

wtorek, 7 maja 2013

Ziół zbierania początek...

Zaczyna się od dojenia brzóz. Wczesną wiosną, jak tylko pojawią się pączki na gałązkach wiercimy małą dziurkę w dość grubej brzozie, wtykamy tam rurkę i podwieszamy baniaczek... i co dzień zbieramy nawet do 3 litrów soku z jednego drzewa.


Jak brzozy rozwiną już listki to koniec z piciem soku. Teraz przychodzi czas na zbieranie pączków i młodych listków brzozowych.
W maju czas na pokrzywy i bluszczyk kurdybanek. Maj jest też miesiącem robienia miodku z mlecza :)
Muszę się przejść po polach i popatrzeć z zielnikiem co jeszcze mogę zebrać... i czeka mnie wyprawa po arcydzięgiel.



piątek, 29 marca 2013

Jare gody...

Jare gody a dla niektórych Wielkanoc... Po za oczywistą radością z nadejścia wiosny, jest też radość z   dobrego żarełka :) W tym roku - żur, pasztet,bigos, sałatka, chlebki, baranki, serniczek i jajca!  Zasadniczo wszystko mam tylko czekam jeszcze na dostawę jajek (stówka prosto spod kupra). I największa radość - świętujemy we własnym domu a na niedzielny obiad jedziemy do babci. I żadnych gości u siebie nie przewiduję!
Do roboty czas!
Jutro czas wędzenia i pierwszy raz uwędzimy sobie ser.


Okien nie umyję - pierdziu... śnieg sypie...

piątek, 22 marca 2013

O tym jak tahini zamieniło się w chałwopodobne coś...

 Kocham hummus a do niego niezbędna jest pasta tahini... Przepisów w necie jest pełno. Ja prażę ziarna sezamu aż lekko zbrązowieją, studzę i miksuję z oliwą.  Odrobina tej aksamitnej pasty nadaje hummusowi cały urok.
Jak robiłam ostatnią pastę zapachniało mi chałwą i zachciało mi się  połasuchować jakichś słodkości.
Odłożyłam parę łyżek tahini do małej miseczki i zaczęłam eksperymenty... Najpierw dodałam trochę syropu ze smażenia skórki pomarańczowej. Później dołożyłam posiekaną skórkę. Potem trochę waniliowego cukru (ale takiego mojego prawdziwego - laskę wanili i cukier mielę w młynku do kawy i nic tego nie zastąpi). Z każdym dodatkiem robiło się co raz ciekawiej.
Oczywiście nie uzyskałam konsystencji chałwy ale łakomstwo nie pozwoliło na dalsze próby.
Syn zjadł na kanapkach. Mąż i córa z obiadem (odgrzane kotlety mielone, hummus, moskole i słodka tahini). A ja pożerałam jak leci...
Chyba jutro zrobię kolejną...

niedziela, 17 marca 2013

Wiosna czyli czas na nasionka...

No i nastała połowa marca! Nadszedł czas na pierwsze nasionka sypane do doniczki. Zaczęłam od bazylii... potem por, seler, pomidory i papryka (te ostatnie to z własnych nasionek zbieranych w zeszłym roku). Zachciało mi się również koperek mieć na parapecie :) 
Genialną sprawą są mini szklarnie do kiełkowania rozsady... ale z braku czasu, finansów i z czystej chęci spróbowania :D zrobiłam sobie szklarnię z plastikowej butelki. Wystarczyło tylko odciąć denko i  górę, resztę wyrzucić do worka z odpadami plastikowymi... Denko przykryło doniczkę z koperkiem a góra butelki doniczkę z bazylią i okazało się, że nasionka wzeszły  szybciej i nie wybujały w górę na cienkiej nóżce. 
Niedługo przyjdzie czas wsadzić w doniczki ogórki i dynię, żeby potem do ogródka wysadzać już podrośnięte roślinki a nie czekać aż wzejdą z gruntu.
Dyńkę mam z własnych nasionek (z zeszłorocznych plonów) i zakupione nasiona dyni dorastającej do 300 kilo... kocham dynię!!!
Ogródek na jesieni nawieźliśmy guanem od prosiaków :D więc liczę na to, że plony zbiorę obfite! 
Będą rzodkiewki dla męża, rzepa, groch dla łasuchów,fasolka do zupy, DYNIA dla mnie (i reszty rodziny), cebulka,por i seler, pietruszeczka i  duuużo marchewki - dla łasuchów, rodziny i świnek morskich... trochę zół, może uda się kapusta, oczywiście pomidorki (i mam nadzieję, że pies ich nie ukradnie), patisony i cukinie...
A kwiatki to jeszcze nie wiem gdzie posadzę :)

środa, 13 marca 2013

Ciągle pada...

Pada i pada... i nadal pada... Już marzec i miałam plan wreszcie rozłożyć nowy namiot i sprawdzić jak będzie z wyjazdem na Woodstock  - trzy sypialnie i wielki przedsionek na dwoje dorosłych i dwójkę dzieci... i na wszystkie graty.
Na razie pozostaje mi dłubanina szydełkiem i wysiewanie rozsady warzyw do ogródka.
Muszę jeszcze trochę nasion skompletować ale to co już wysiałam zaczyna kiełkować :)

środa, 6 marca 2013

Tu jestem i tu zostanę!

To jest moje miejsce na świecie. Tak sobie postanowiłam i kropka. 
Wychowałam się w blokowisku, gdzie osiedlowe drzewa rosły razem ze mną,  trawę liczyło się w metrach kwadratowych a piaskownica musiała wystarczyć na trzydzieścioro dzieci. To było szczęśliwe dzieciństwo :)
Wyszłam za mąż i wyprowadziłam się do lasu... Przez pierwsze lata było to urzekające miejsce - własne podwórko, miejsce na umycie auta, przestrzeń dla dzieci, inny mikroklimat, świeże powietrze...Fakt, że zimą mniej śniegu i cieplej niż gdzie indziej ale za to latem chłodniej w upalne dni i jagódki rosły za płotem. Po prostu raj! Ale po latach okazało się, że zimą łamią się od mrozu i zalegającego śniegu gałęzie a latem to cudowne powietrze po prostu stoi i robi się duszno. Pominę to, że mieszkaliśmy u teściowej...
Po którejś scysji z teściem postanowiliśmy kupić sobie coś własnego i tak trafiliśmy na wieś. 
Przez dziesięć lat w każdy weekend sezonu jeździliśmy żeby coś tu dłubać, każde wakacje gnieździliśmy się w przyczepie kempingowej, ze sławojką z serduszkiem... I to było piękne bo dążyliśmy do tego by tu zamieszkać. Prawdę mówiąc w ostatnich latach prowadzenie dwóch gospodarstw zaczęło się robić męczące - podwójne garnki, podwójne szafy, wożenie w tę i na zad zwartości lodówki... 
Ale co roku przybywało. Studnia, prąd, ogrodzenie, fundamenty, stan surowy budynku, okna i drzwi, przydomowa oczyszczalnia (te tony piachu i kamieni długo będę pamiętać) i wreszcie wykończeniówka. Nauczyłam się kłaść glazurę, umiemy murować z klinkieru, jesteśmy mistrzami wałka i pędzla. Czeka nas jeszcze układanie paneli podłogowych i kładzenie boazerii... 
Jak się policzy to fachowców za wielu to nie było - murarze (ale im do prawdziwych majstrów daaaleko), dekarze, tynkarze, gość od okien i hydraulik. Całą resztę prac robiliśmy sami.
Wylewanie posadzek też zapadło mi w pamięć - Grześ mieszał w betoniarce, woził taczką a ja rozciągałam dwumetrową poziomicą... ponad tydzień taplania się w betonie... Rano poziomowanie profili, potem wylewanie, potem zacieranie wczorajszego betonu... Naprawdę nie wiem kiedy gotowałam - to mi uleciało z pamięci. 

Najważniejsze, że za nami pierwsza zima - bez porządnych podłóg, bez sufitów, bez ocieplenia zewnętrznego, bez kasy ale wreszcie na swoim.