środa, 6 marca 2013

Tu jestem i tu zostanę!

To jest moje miejsce na świecie. Tak sobie postanowiłam i kropka. 
Wychowałam się w blokowisku, gdzie osiedlowe drzewa rosły razem ze mną,  trawę liczyło się w metrach kwadratowych a piaskownica musiała wystarczyć na trzydzieścioro dzieci. To było szczęśliwe dzieciństwo :)
Wyszłam za mąż i wyprowadziłam się do lasu... Przez pierwsze lata było to urzekające miejsce - własne podwórko, miejsce na umycie auta, przestrzeń dla dzieci, inny mikroklimat, świeże powietrze...Fakt, że zimą mniej śniegu i cieplej niż gdzie indziej ale za to latem chłodniej w upalne dni i jagódki rosły za płotem. Po prostu raj! Ale po latach okazało się, że zimą łamią się od mrozu i zalegającego śniegu gałęzie a latem to cudowne powietrze po prostu stoi i robi się duszno. Pominę to, że mieszkaliśmy u teściowej...
Po którejś scysji z teściem postanowiliśmy kupić sobie coś własnego i tak trafiliśmy na wieś. 
Przez dziesięć lat w każdy weekend sezonu jeździliśmy żeby coś tu dłubać, każde wakacje gnieździliśmy się w przyczepie kempingowej, ze sławojką z serduszkiem... I to było piękne bo dążyliśmy do tego by tu zamieszkać. Prawdę mówiąc w ostatnich latach prowadzenie dwóch gospodarstw zaczęło się robić męczące - podwójne garnki, podwójne szafy, wożenie w tę i na zad zwartości lodówki... 
Ale co roku przybywało. Studnia, prąd, ogrodzenie, fundamenty, stan surowy budynku, okna i drzwi, przydomowa oczyszczalnia (te tony piachu i kamieni długo będę pamiętać) i wreszcie wykończeniówka. Nauczyłam się kłaść glazurę, umiemy murować z klinkieru, jesteśmy mistrzami wałka i pędzla. Czeka nas jeszcze układanie paneli podłogowych i kładzenie boazerii... 
Jak się policzy to fachowców za wielu to nie było - murarze (ale im do prawdziwych majstrów daaaleko), dekarze, tynkarze, gość od okien i hydraulik. Całą resztę prac robiliśmy sami.
Wylewanie posadzek też zapadło mi w pamięć - Grześ mieszał w betoniarce, woził taczką a ja rozciągałam dwumetrową poziomicą... ponad tydzień taplania się w betonie... Rano poziomowanie profili, potem wylewanie, potem zacieranie wczorajszego betonu... Naprawdę nie wiem kiedy gotowałam - to mi uleciało z pamięci. 

Najważniejsze, że za nami pierwsza zima - bez porządnych podłóg, bez sufitów, bez ocieplenia zewnętrznego, bez kasy ale wreszcie na swoim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz